O edukacji domowej z Maciejem Gnyszką, networkerem i prezesem Towarzystw Biznesowych

Wywiad o edukacji domowej z Maciejm Gnyszką

Miałam okazję ostatnio porozmawiać o edukacji domowej z Maciejem Gnyszką, prezesem Towarzystw Biznesowych, twórcą pierwszej polskiej agencji fundraisingowej Gnyszka Fundraising Advisors, a także współwłaścicielem Pracowni Synergii i pomysłodawcą projektu StartUp na Maxa, dla którego podstawę większości działań stanowi networking. Maciej to człowiek, który zna prawie wszystkich i ograniczenia ilości znajomych na Facebooku nie powinny go dotyczyć. Ja podpytałam go tylko o edukację domową, a resztę przeczytasz na jego blogu maciejgnyszka.pl, w newsletterze na gnyszka.pl albo obejrzysz na kanale na youtube.pl.

Maciej wraz z żoną Olą ma trójkę dzieci. W edukacji domowej uczy się dwóch starszych synów (Maksio i Antek), a najmłodsza Marysia czeka na swoją kolej. Nasze spotkanie Maciek zaczął od słów, że zazdrości mi, że mogę go słuchać, więc żeby nie zatrzymać tego, co usłyszałam, tylko dla siebie, zapraszam Cię do lektury naszej rozmowy.

A jeżeli interesuje Cię edukacja domowa, to możesz się wszystkiego dowiedzieć na moim kursie „Wsparcie na ED starcie – pakiet standard” lub „Wsparcie na ED starcie – pakiet VIP„,

Maciej Gnyszka w wywiadzie o edukacji domowej

Jak się zaczęła Wasza przygoda z edukacją domową? Kiedy się dowiedzieliście i kiedy zdecydowaliście na ten sposób uczenia dzieci?

W zasadzie o edukacji domowej wiedzieliśmy od dawna. Wielu naszych bliższych i dalszych znajomych jest w edukacji domowej. Trudno mi prześledzić moment pierwszego styku z tym tematem, ale wydaje mi się, że mogliśmy wtedy jeszcze nie mieć dzieci. Mieliśmy oczywiście naturalne dla większości rodziców obawy, czy to dobry pomysł, ale w związku z tym, że mamy niedaleko fajną szkołę, to uznaliśmy początkowo, że wygodniej będzie pójść systemowo. Indykatorem zmian był covid. Maksio był w pierwszej klasie, gdy zaczęła się pandemia i nauczanie zdalne. Generalnie szkoła sobie z tym tematem poradziła, ale pomyśleliśmy, że jak tak ma dalej wyglądać nauka, to nie ma to większego sensu, zwłaszcza że nie wiadomo ile to wszystko potrwa. Zdecydowaliśmy, że przynajmniej kolejny rok „pojedziemy” na edukacji domowej. I jak już pojechaliśmy, to nie wyobrażamy sobie, że mogłoby być inaczej.

Jak dzieci zareagowały na wieść, że nie będą chodzić do szkoły?

Pozytywnie. My akurat przechodziliśmy na edukację domową w momencie, gdy Maksio kończył pierwszą klasę, a Antoś przedszkole, którego bardzo nie lubił. Miał tam co prawda jednego kolegę, ale to raczej była znajomość z konieczności – Antosiowi w przedszkolu się nie podobało, a tamten chłopiec był outsiderem. Chłopaki się polubili, ale nie była to pożądana przez nas znajomość. Antoś swoją niechęć do przedszkola przełożył na perspektywę szkoły i do tematu pt. „Będę chodził do szkoły” podchodził bardzo nieufnie.

O tym, jak ważne jest dla niego, by nie trafić do szkoły stacjonarnej, przekonaliśmy się w czasie wakacji po zakończeniu przedszkola. Był jakiś dzień, kiedy się źle zachowywał i mama mu mówi, że chyba jednak wyśle go do szkoły, na co Antoś bardzo się przejął i spontanicznie wyrwało mu się z piersi niecenzuralne słowo.

Maksio pierwszy zaczął edukację domową, a po roku dołączył do niego Antoś. Nie mieliśmy wątpliwości, czy Maksio w kolejnej klasie ma kontynuować ED i gdzie naukę ma zacząć Antek. Oni też w chwili obecnej nie wyobrażają sobie, że mogłoby być inaczej.

Maciej Gnyszka i jego synowie z edukacji domowej

A kontakt z kolegami? To jest często bolączka rodziców, którzy decydują się na edukację domową, że te kontakty społeczne zostaną ograniczone.

Jeżeli chodzi o kontakty społeczne to nieustannie powtarzam jak mantrę, bo często o to ludzie pytają, że nasze dzieci mają o wiele więcej interakcji społecznych niż gdyby chodziły do szkoły. Mamy to szczęście, że szkoła, pod którą podlegamy, specjalizuje się we wspieraniu rodzin w edukacji domowej i że mamy ją niedaleko (trochę dalej niż tą poprzednią, ale ogólnie całkiem blisko). Szkoła oferuje dodatkowe zajęcia. Mamy stolarnię, kaligrafię, zajęcia leśne, zajęcia w glinie i zajęcia Montessori. Na każdych dzieciaki spotykają innych kolegów. Do tego dochodzą zajęcia dodatkowe w domu kultury, gdzie chodzą na judo i lekkoatletykę.

Dodatkowym bonusem jest to, że ja jestem przedsiębiorcą, więc dzięki tej swobodzie, jaką daje edukacja domowa, mogę zabierać dzieciaki ze sobą na różne spotkania zawodowe. Dzieci mają dzięki temu o wiele więcej możliwości spotkań z innymi dziećmi w różnym wieku i z różnych klas społecznych. Teraz na przykład zbliża się ich Pierwsza Komunia Święta. Akurat tak się złożyło, że w tym czasie organizuję rekolekcje w Kalwarii Pacławskiej, więc pomyślałem, że fajnie będzie zabrać chłopaków na te rekolekcje. Po pierwsze – to bardzo dobre przygotowanie do komunii, po drugie – poznają trochę nowych osób, przedsiębiorców, a po trzecie – w drodze na rekolekcje planuję odwiedzić dwie fabryki i spotkać się z zaprzyjaźnionymi właścicielami, bo mam coś do załatwienia. W ten sposób zobaczą fabrykę znaków drogowych i fabrykę akumulatorów, więc same korzyści.

Super. Wspomniałeś na początku, że mieliście różne obawy, gdy zastanawialiście się nad edukacją domową. Możesz powiedzieć z czym one były związane?

Jasne. Pierwszą wątpliwością było, czy damy radę. To wątpliwość związana z takim przekonaniem, że uczenie dziecka to niebanalna rzecz, bo przecież ludzie kończą studia w tym kierunku i są gotowi do pracy z dziećmi dopiero po iluś latach. Znamy jednak kulisy zawodu nauczyciela od kuchni. Moja mama jest emerytowaną nauczycielką, a mama żony jest nauczycielką aktywną zawodowo, więc wiedzieliśmy, że takie myślenie jest mocno przesadzone.

Większą obawą było to, czy najmłodsza Marysia, która miała dwa lata, gdy zaczynaliśmy edukację domową, pozwoli nam prowadzić naukę starszych dzieci. Mamy ten komfort, że każde z dzieci ma swój pokój, więc przynajmniej teoretycznie było to do opanowania. Ale mimo wszystko pozostawało to dużą niewiadomą.

Kolejna obawa była związana z doświadczeniami Antosia z przedszkola i z tym, czy jego nie zawsze odpowiednie zachowanie z przedszkola nie będzie przypadkiem kontynuowane w domu i czy uda się go przekonać do uczenia się. Generalnie eksperyment wyszedł pozytywnie. Antoś doskonale odnajduje się w edukacji domowej, a Marysia, widząc, że bracia pracują, domaga się intelektualnych zadań dla siebie.

Niedawno miała miejsce taka sytuacja, że Marysia chodziła za Oleńką dopraszając się puzzli czy kolorowanki, a Oleńka była zajęta nauką z chłopakami. I Marysia nie mogąc się doprosić zadań zaczęła krzyczeć na cały głos „Mama, daj mi edukację”, bo przecież ona też się kształci.

Nie zrealizowało się żadne z zagrożeń, których się obawialiśmy, zwłaszcza to, jak podołamy z nauka. Dzieci nie trzeba do niej zmuszać. Uczą się same i rozumieją, co czytają. Jeżeli czegoś nie rozumieją, to pytają, a tak się składa, że to, o co pytają, my rozumiemy.

Gwiazdka z logo Moja Edukacja Domowa
Gwiazdka z logo Moja Edukacja Domowa
Gwiazdka z logo Moja Edukacja Domowa

Jeżeli Maksio dopiero skończył 3 klasę, to jeszcze nie mieliście rozbicia nauki na poszczególne przedmioty. Jak się zapatrujesz na to zagadnienie? Jak o tym myślisz?

Myślę o tym tak samo jak o jedzeniu lodów.

Czyli nie wzbudza to Twoich obaw?

Nie wzbudza to żadnych moich emocji i to z dwóch powodów. Po pierwsze z żoną się bardzo dobrze uzupełniamy. Te przedmioty, których ja nie lubiłem, Oleńka uwielbia. Mój obszar to wszystko poza biologią, chemią i geografią, obszar Oleńki to biologia i chemia, a geografia to ulubiony przedmiot Maksia. I to ja się niego dowiaduje mnóstwa rzeczy o geografii. Przy okazji geografii uczy także teściowa, więc w razie czego będziemy mogli skorzystać z jej pomocy.

Po drugie ja się tego z definicji nie obawiam. Jestem typem człowieka, który szedł do jednego z trzech najlepszych liceów w Polsce jako finalista olimpiady matematycznej, a wychodził z niego jako pierwszy w historii laureat olimpiady z literatury i języka polskiego. Więc generalnie mieszanie ze sobą dziedzin uważam za oczywiste od dawna. A podziały humanista/umysł ścisły traktuję jako żenujące próby obrony lenistwa intelektualnego. Bo jeżeli ktoś jest ścisły, to po prostu znaczy, że umie myśleć. A jeżeli ktoś uważa, że znajomość powieści może mu zastąpić jasność myślenia, to po prostu jest leniem patentowanym.

Największe obawy w rodzicach budzi ten podział na przedmioty i wprowadzenie chemii i fizyki w tym starszych klasach, ale z tego co mówisz, to wsparcie Oli dzieci będą miały zapewnione.

Dokładnie tak, biologii i chemii nie lubiłem, nie polubiłem i nie zamierzam polubić.

Maciej Gnyszka, wywiad edukacja domowa

Ja wychodzę z założenia, że w edukacji domowej dzieci uczą się przy okazji, a głównie uczą się rodzice, bo muszą zmienić podejście do wielu rzeczy, do ocen, do myślenia o nauce. Czy widzisz u siebie takie zmiany w myśleniu o edukacji?

Nie widzę żadnych zmian z tego względu, że zawsze miałem niesystemowe myślenie o edukacji. Pierwszym elementem tego myślenia jest wychodzenie poza ramy tradycyjnego podziału humanista i niehumanista. Uważam, że jedyna słuszna postawa to humanista w rozumieniu renesansowym, czyli człowiek wszechstronny.

Po drugie miałem to szczęście, że od pierwszej klasy gimnazjum aż do matury byłem stypendystą Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci. Fundusz jest instytucją powołaną społecznie jeszcze w latach 80-tych, z którą swoją droga każdemu polecam się zapoznać. Łączy on najzdolniejszych uczniów z różnych dziedzin z wybitnymi profesorami tych dziedzin. A więc uczniowie już od podstawówki, jeżeli wykazują ponadstandardowe zdolności w danej dziedzinie, mogą się rozwijać pod kierunkiem profesorów. Przeskakujemy więc taki systemowy podział i myślenie, że skoro jesteś w piątej klasie, to nie będziesz rozumiał, co mówi do Ciebie profesor PAN z instytutu fizyki jądrowej. Nieprawda. Jeżeli piątoklasista się tym pasjonuje, to jest w stanie rozmawiać z profesorem jak równy z równy. To było coś, czego doświadczałem na sobie. W funduszu miałem okazję być nietypowym przypadkiem, bo zacząłem przygodę jako stypendysta z dziedziny malarstwa, a w międzyczasie dostałem stypendium z dziedziny matematyki i literatury.

Myślę, że między innymi dlatego od dawna traktuję edukację jako proces trwający całe życie, polegający na odkrywaniu prawdy i na twórczości. I tak też postrzegałem swoją przygodę szkolną. Mimo ze szkołę kończyłem systemowo, to robiłem to po swojemu. Niekiedy kończyło się to tym, że moi rodzice musieli się tłumaczyć. Kończyło się też w liceum konfiskatą gazetki szkolnej przez panią dyrektor. Kończyło się festiwalem poezji, który pani dyrektor opuściła demonstracyjnie w proteście przeciwko treściom, które prezentowałem. Takie miałem doświadczenie szkolne, sumarycznie bardzo pozytywne.

Czyli nie musiałeś przechodzić przez proces odszkolnienia w edukacji domowej

Nie. absolutnie. Ale mam świadomość, że na tle kolegów i koleżanek jestem raczej wypadkiem przy pracy systemu niż produktem systemu. Dodatkowo klasówki albo egzaminy nigdy mnie nie stresowały.

To faktycznie miałeś inaczej niż większość. Chyba też było Ci prościej z podjęciem decyzji o edukacji domowej, bo część obaw rodziców jest związana z systemowym podejściem do nauki.

Tak, ale wiesz co mnie ucieszyło? Gdy zobaczyłem, jak synowie zdają egzaminy na koniec roku i że oni też traktują je tak, jak ja traktowałem wszystkie klasówki. Czyli jako okazję do zaprezentowania swoich odkryć, swojej twórczości. I to do tego stopnia, że Maksio po pierwszym egzaminie zdanym na piątkę popłakał się, bo pani miała tylko pół godziny i on nie zdążył jej o wszystkim opowiedzieć. Było mu z tego powodu bardzo przykro. A skoro oni podobnie postrzegają egzaminy jak ja, to myślę, że to jest dobry prognostyk na przyszłość.

A jak organizujecie swój dzień? Mówiłeś, że jesteś przedsiębiorcą, więc masz pewnie możliwość dopasowania się, ale macie jakiś stały schemat dnia czy stawiacie na spontaniczność?

Maciej Gnyszka, networker, wywiad o edukacji domowej

Można powiedzieć, że mamy schemat, ale mamy do niego dość luźne podejście. To jest bardziej plan ramowy niż regulamin wojskowy. Generalnie wygląda to tak, że przed południem jest praca a po południu jest niepraca. Oczywiście do tego dochodzą przeróżne zajęcia. Tutaj dzielimy się z babcią, jeżeli chodzi o dowozy. Na szczęście każde z zajęć mamy nie dalej niż 5 km, więc całość funkcjonuje dość gładko.

Z tego co wiem, to rodzicom często sprawia trudność nauka języków obcych. Jak to u was wygląda?

Chrzestna jednego z naszych dzieci jest anglistką. Prowadzi też dla swoich uczniów lekcje online i nasze chłopaki u niej się uczą. My z Oleńką też znamy języki obce, więc jak jest zalecenie od cioci, że warto pokonwersować z chłopakami, to nie mamy problemu ogłosić, że przestawiamy się na angielski. Tu jeszcze dodam, że chłopców od małego osłuchiwaliśmy z angielskim. Często słuchali piosenek z youtube i myślę, że to może być istotny hint dla ludzi, którzy decyzję edukacyjne będą mieli do podjęcia za parę lat, ale już teraz mogą coś w tym kierunku zrobić.

Wspominałeś, że jak przechodziliście na ED, najstarszy syn był w pierwszej klasie. Czy mocno odczuliście zmianę w funkcjonowaniu rodziny, gdy dziecko nie musiało chodzić do szkoły?

Oczywiście. Z dnia na dzień inna jakość życia.

Gdy podejmujesz decyzję o ED, to myślisz, jak będzie wyglądać życie po rozpoczęciu nauki w domu. Czy jest jakiś aspekt, o którym nie myśleliście, gdy zaczynaliście edukację domową, a który okazał się ważny?

Wydaje mi się, że nie przewidzieliśmy jednego pozytywnego skutku, a mianowicie tego, że mamy o wiele więcej czasu dla siebie nawzajem. I to jest bardzo duża wartość O wiele więcej czasu na wspólne spacery czy rozmowy. I co więcej. Gdybyś mnie spytała, czy widzę jakieś wady edukacji domowej, to nie widzę. Naprawdę sporo o tym myślałem, bo wiele rozmów już zdążyłem odbyć z ludźmi, którzy rozważają ED, i którzy siłą rzeczy pytają mnie jako kogoś, kto to już robi. Nie wiem, czy to skutek tego, że jesteśmy świeżakami w temacie, bo dwa lata to nie jest duże doświadczenie, natomiast nie widzę wad.

logo Moja Edukacja Domowa

A ja tu mam właśnie pytanie, co jest dla Ciebie najtrudniejsze, ale jak nie widzisz wad, to nie wiem, czy jest jakaś rzecz, która Ci sprawia trudność. U czytelników bloga często przewija się temat motywowania dzieci do nauki. Z tego co opowiadałeś, to u was on nie występuje. Z mojego doświadczenia i z opowieści czytelników wynika, że to jest raczej domena nastolatków. Mimo że wcześniej byli w ED i wszystko szło fajnie, to przychodzi taki moment, że dochodzą do wniosku, że skoro tak super idzie, to wystarczy tydzień przed egzaminem i sobie wszystko ogarną i nie trzeba uczyć się regularnie.

No wiesz, gdybym miał tu zrobić jakąś taką analogię z biznesem, to jeżeli twoje usługi sprzedają się jak woda i nikt się nie targuje, to oznacza, że jesteś zbyt tania. A to oznacza, że za moment pojawi się ktoś, kto da lepszą jakość w trochę wyższej cenie i on przejmie większość zysków z tego rynku, a ty będziesz się zastanawiać co się stało, Więc ja bym tutaj szukał odpowiedzi w takim kierunku, że mają zbyt łatwo. Jesteś na jakimś etapie, nie chce ci się uczyć, bo to są za łatwe rzeczy, to przenosimy cię dwie klasy wyżej. Po co tracić czas. Raczej stawiałbym większe wyzwania. Może to będzie sposób na to. Bo podział, że w tej klasie uczysz się o tym, a w tamtej o czymś innym, nie wynika z tego, że że wielcy uczeni udowodnili, że mózg w tym wieku nie jest w stanie przyswoić sobie trudniejszego materiału. Moim zdaniem, jeśli miałbym teoretyzować, jeżeli występuje to, o czym mówisz, to oznacza, że przed dzieckiem nie stoją żadne wyzwania intelektualne, czyli nikt ich przed dzieckiem nie stawia.

Ciekawy punkt widzenia. A czy jako rodzic uczysz się uczyć swoje dzieci, tzn czy zdobywasz jakieś dodatkowe kompetencje w tej dziedzinie?

Jak osobiście miałem taki okres, że równocześnie uczyłem się do iluś olimpiad i robiłem wiele dodatkowych rzeczy. Stanęło przede mną zagadnienie organizacji czasu i przyswajania wiedzy. Więc na ten temat jakiś know how sobie przyswoiłem i stosowałem w swoim czasie, gdy byłem uczniem lub studentem. I o tym z dzieciakami rozmawiam. Można powiedzieć, że przy naszym podziale obowiązków to jest moja domena.

Bardziej chodziło mi o to, że macie dzieci w edukacji wczesnoszkolnej – czy zdobywaliście wiedzę o tym, jakie są metody uczenia czytania, pisania itd.

Nie, nie było takiej konieczności, bo dzieci się nauczyły czytać same. My im czytaliśmy, potem Antoś nauczył się czytać od Maksia, podobnie jak nauczył się mnożenia obserwując jak starszy brat uczył się mnożenia.

Bo wiedza przechodzi od starszych dzieci na młodsze i przy kolejnych mocno widać wpływ edukacyjny rodzeństwa. My tego też bardzo mocno doświadczyliśmy. Nauka czytania to była chwila, a resztę zrobili bracia.

Maciej Gnyszka, prezes Towarzyst biznesowych jest z dziećmi w edukacji domowej


Mówiłeś wcześniej, że weźmiesz synów do fabryki, że Maksio nie mógł na egzaminie opowiedzieć o medycynie chińskiej, którą zajmuje się Twoja żona. W edukacji domowej jest czas na przekazywanie wiedzy, którą mają rodzice. Też po Twoich postach na Facebooku widzę, że opisujesz sytuacje, w których Twoi synowie zachowują się jak mali biznesmeni.

Tak dokładnie. Niekiedy jest to nawet dla mnie zaskakujące. Bardzo dobrze naświetlił to Janusz Wardak na konferencji, którą ostatnio organizowaliśmy w towarzystwach. Dziś generalnie jest tak, że transfer mądrości (nie mówię o wiedzy) nie zachodzi między pokoleniami.

Z mlekiem matki można co najwyżej wyssać proteiny, a całą resztę trzeba przekazać. I to nie gadaniem, ale przykładem. A co widzi dziecko w domu? Dziecko jest eksmitowane z domu do placówki wychowawczej, gdzie siedzi od rana do wieczora. Wraca do domu późno, rodzic wraca równie późno lub później i dziecko nie widzi rodzica przy pracy. Nie widzi ojca, który negocjuje np. zakup żwiru. Więc potem dziecko ma 20 lat, za wszystkie pieniądze życia kupuje altcoiny i je traci, a jeśli umie używać dźwigni, to jeszcze potrafi stracić samochód. I się temu dziwimy, a to jest po prostu skutek. Dlatego uważam, że wielką wartością edukacji domowej jest to, że rodzice mogą brać dzieci do pracy. Tylko nie po to, żeby dziecko się nudziło w schowku na szczotki albo oglądało bajeczki na tablecie, tylko po to, żeby poznawało życie.

A czy aktywnie dajesz swoim synom jakieś zadania związane z Twoja pracą czy oni na razie tylko obserwują?

Póki co jest to głównie obserwacja. Myślę, że jest blisko do momentu, gdy jakieś rzeczy będę im zlecał. W zeszłym roku, gdy Oleńka przygotowywała się do prezentacji o medycynie chińskiej na Etno Festiwalu, to prezentację zrobił jej Maksio. I to nie dlatego, że Oleńka chciała, tylko dlatego że ona nie potrafi a Maksio umie. Z drugiej strony jak ja robię jakieś wydarzenia typu urodziny Towarzystw Biznesowych albo Noc Wolności, to jest regułą, że jesteśmy tam całą rodziną i chłopcy mają swoje funkcje, głównie przy aukcji, gdy licytujemy różne rzeczy. Dziś już idzie to w takim kierunku, że przeznaczają na te aukcje także różne przedmioty swojego wytwórstwa. To jest bardzo fajne, bo przy okazji uczą się sprzedaży.

Myślę, że to bardzo istotna rzecz. Generalnie większość ludzi na świecie nie lubi sprzedawać. A sprzedaż jest najważniejszą umiejętnością. Bez niej nie sprzedasz nikomu swojej idei, nie przekonasz go do pomysłu. Bez umiejętności sprzedaży nie dostaniesz dobrej pracy, bo nie będziesz umieć sam siebie sprzedać. Sprzedaż to niezmiernie istotna kompetencja, a nigdzie się jej nie uczy. Dopiero jak jesteś w korpo i ktoś zauważy, że nie potrafisz sprzedawać, to wyśle cię na szkolenie. A dzięki edukacji domowej moje dzieciaki mogą sprzedaży uczyć się u źródła.

Zgadzam się. To jest bardzo cenna umiejętność, a u Ciebie jeszcze podkręcona Twoimi umiejętnościami i obserwacją. Ja myślę o tej sprzedaży w kontekście egzaminacyjnym. Na egzaminie w edukacji domowej musisz sprzedać swoją wiedzę. Pamiętam pracę, którą włożyłam w naukę najstarszego syna, który jest mało rozmowny, żeby potrafił dobrze zaprezentować to, czego się uczył. I on się tak przez 4 lata edukacji domowej rozkręcił w argumentowaniu, że nie ma teraz problemu, by mnie przekonać do jakiś swoich pomysłów. A ja nie należę do osób, które łatwo zmieniają zdanie.

I na koniec jeszcze prośba o jakąś radę dla rodziców, którzy się zastanawiają nad edukacją domową.

Przestać się zastanawiać i zacząć działać. Jak mówi Dan Pena „Just f**ing do it”

Bardzo dziękuję za poświęcony czas i rozmowę.

Ja również dziękuję.

Jeżeli po przeczytaniu tego wywiadu naszła Cię myśl, że warto lepiej poznać edukację domową, to zapraszam do skorzystania z mojego kursu „Wsparcie na ED starcie – pakiet standard” lub „Wsparcie na ED starcie – pakiet VIP„, gdzie krok po kroku pokazuję z czym wiąże się edukacja domowa, jakie problemy można napotkać, jak pomóc sobie w podjęciu decyzji i czy to jest droga dla Twojej rodziny i Twojego dziecka.

kurs Wsparcie na ED starcie - jak zacząć edukację domową świadomie i na luzie
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments